Cierpienie uwielbia towarzystwo

Opublikowany: 11 August 2011
2 Komentarzy

Podziel się z innymi!

Wprowadzenie
Wszystko zaczęło się kilkanaście tygodni temu, kiedy w moim poszukiwaniu domu do wynajęcia napotkałem minikatastrofę. Ale zanim będę kontynuował tę historię, konieczne jest szersze tło.

Po decyzji o przenosinach do Szczecina rozpoczęliśmy poszukiwania domu do wynajęcia. Ale nie po prostu domu – nasz wybór był poważnie ograniczony z powodu… psów. Otóż jesteśmy obiektami błogosławieństwa albo, w zależności od punktu widzenia, przekleństwa z racji posiadania dwóch dość dużych psów. Jestem pewien, że większość moich czytelników wie, że psy muszą spacerować, by, między innymi rzeczami, które psy robią, mogły, używając języka politycznej poprawności, dokonać niezbędnych czynności higienicznych. Maszerowanie ulicami Szczecina w towarzystwie dwu sporego rozmiaru bestii, przyzwyczajonych do hasania na wręcz nieskończonych łąkach, lasach i wzgórzach południowo-zachodniej Francji, byłoby, delikatnie mówiąc, dużym wyzwaniem dla osób w dojrzałym wieku (a szczególnie dojrzały jest autor tego felietonu). Chcieliśmy uniknąć takiego scenariusza, co wyeliminowało 90 potencjalnych obiektów do wynajęcia. I dlatego szukaliśmy domu z ogródkiem i w pobliżu nie za bardzo cywilizowanych zielonych obszarów, gdzie rzeczone psy mogłyby polatać. Poszukiwania były długie i trudne – aż do momentu, gdy wszystko wyglądało znakomicie: dom spełniający wszystkie kryteria został znaleziony, właścicielka już się zgodziła, ale… po kilku tygodniach wszystko upadło, bo… zmieniła zdanie. Oszczędzę wam, Drodzy Czytelnicy, dalszych szczegółów, ale trzeba powiedzieć, że w miarę poszukiwań coraz bardziej stawało się jasne, że szanse na znalezienie takiego domu są znikome. Ale z nagła słońce znów wyszło zza chmur: szukając w internecie, odkryłem coś, co wyglądało wręcz idealnie: elegancki, nowoczesny dom, dobrze wyposażony, w małej wiosce (Tanowo) otoczonej lasami i tylko 15-20 minut od Szczecina. A na dokładkę naprawdę niedrogi – nie dodałem, że koszta wynajmu były jeszcze jednym bardzo ważnym ograniczeniem. Spytałem przyjaciółkę, czy ta wioska jest sympatyczna, i dostałem pozytywną ocenę. Więc, pełen radosnych oczekiwań, zadzwoniłem do agentki. I w odpowiedzi usłyszałem zimne i definitywne: NIE – dom jest już wynajęty!

Oczywiście doświadczyłem bardzo gorzkiego rozczarowania, które po pewnym czasie pokryłem pseudohumorem i pseudopogodzeniem się. Ale ten incydent tkwił w mojej świadomości jak gwóźdź w bucie – a uwierał coraz bardziej, w miarę jak dalsze poszukiwania nie przynosiły żadnego rezultatu. Nieco później, w czasie kolacji, opisałem całą historię Chandali (info dla nowych czytelników – to moja żona), pokrywając moje cierpienie udawanym humorem. A wówczas ona odpowiedziała: „Dlaczego dzielisz się swoim bólem? Czy chcesz, żebym cierpiała razem z tobą?”. Odpowiedziałem, że absolutnie nie, co za pomysł etc., ale nie dawała za wygraną i kontynuowała: „Czy chcesz, bym się nad tobą użalała?”.

Poczułem silną irytację i miałem na końcu języka coś bardzo ostrego i nieprzyjemnego, ale oparłem się pokusie i stłumiłem ten impuls. Potem, kiedy byłem już sam, zacząłem bliżej przyglądać się całej tej historii. Rezultaty mojej introspekcji są przedstawione w poniższym felietonie.

Reportaż i analiza
Teraz powrócimy do opisu całego epizodu, ale tym razem bardziej szczegółowo i, od czasu do czasu, będzie on przerywany analizą fragmentu przedstawionego powyżej. Dla jasności odpowiednie fragmenty oznaczyłem: Reportaż i Analiza, podczas gdy tekst Reportażu będzie wyróżniony kursywą.

Reportaż. Kilka dni poszukiwań, godziny googlowania, oglądanie dziesiątek ogłoszeń, rozmowy z przyjaciółmi ze Szczecina, agentami etc. Wszelkiego rodzaju pozorne nadzieje kończące się rozczarowaniem. Rezultat: brak sukcesu.
Analiza. Proces poszukiwań staje się coraz bardziej frustrujący i wyczerpujący. Ciągłe oscylowanie między nadzieją i rozczarowaniem, narastająca chęć, by to wszystko się wreszcie skończyło (oczywiście sukcesem).

Reportaż. Wreszcie udało się znaleźć coś, co idealnie spełnia wszystkie wymagania, a nawet przekracza moje oczekiwania (dom w Tanowie). Już widzę nas w tym domu, już chodzimy na idylliczne spacery w pobliskich lasach (oczywiście z psami), rozkoszujemy się pięknym, dobrze zaprojektowanym domem, który ma nawet zwijane okiennice (rzadkość w tych stronach).
Analiza. Po obawach i trudach bezskutecznych poszukiwań pojawia się możliwość spokoju i bezpieczeństwa. Rośnie nadzieja na znalezienie solidnej stabilności. Nabiera ona dodatkowego, pozytywnego zabarwienia dzięki najrozmaitszym fantazjom: komfort, przyjemności etc.

Reportaż. Szok: dom jest już wynajęty! Runęły wszystkie fantazje. Błysk irracjonalnego niedowierzania: to niemożliwe, to nie mogło się wydarzyć! (Uczucie podobne do tego,jakiego kiedyś doznałem, gdy ukradziono mi portfel z marynarki wiszącej w moim gabinecie – nie dowierzałem, że to możliwe i przez dłuższy czas szukałem wokół przekonany, że go gdzieś położyłem, jednocześnie świetnie wiedząc, że to nieprawda).
Analiza. Bardzo intensywne doświadczenie. Ta intensywność burzy wszelkie poczucie ulgi, stabilności, bezpieczeństwa, komfortu i spokoju. Szok – przerwa w nawykowej aktywności umysłu. Pustka i osamotnienie: zniknął punkt odniesienia.

Reportaż. Idąc za tym irracjonalnym niedowierzaniem, karmionym przez nadzieję (ale bez przekonania), staram się kontynuować brutalnie przerwany sen i pytam agentkę, czy ma coś podobnego do wynajęcia albo może wie o czymś podobnym etc.
Analiza. Po chwilowym szoku następuje nawykowa reakcja w postaci rozpaczliwego czepiania się utraconego punktu odniesienia i (mimo wiedzy, że nic z tego nie wyjdzie) czynienie dość niemrawych wysiłków, by jakoś zmanipulować sytuację.

Reportaż. Ale nic z tego nie wychodzi, tylko irytuje to agentkę (zawracam jej głowę), która odpowiada dość zimno, że jej agencja nie prowadzi wynajmu, że była to wyłącznie usługa dla klienta. Innymi słowy, jasne i klarowne NIE.
Analiza. Rzeczywistość odrzuca wszelkie próby manipulacji i odpowiada gniewnie.

Reportaż. Znów rozczarowanie, ale już mniejsze niż początkowo, bo tak naprawdę już wiedziałem, że próby naprawienia sytuacji są bezużyteczne. Poczucie zamętu, obawy, niedowierzanie, pokusa, by zachować się jak dziecko: krzyczeć i bić komputer (no, nie dosłownie), a na koniec złość (na siebie samego) i pretensje (do siebie): dlaczego nie znalazłem tego ogłoszenia wcześniej, kiedy dom nie był jeszcze wynajęty etc.?
Analiza. Ponieważ „racjonalne” próby odbudowania poczucia bezpieczeństwa i punktu odniesienia zawiodły, pojawiają się lek i zamęt, co z kolei wywołuje reakcje emocjonalne. Na początku próby pokrycia tego ignorancją, ale ponieważ to nie działa, energia sytuacji popycha mnie dalej. Pojawia się złość i gniew, które szukają celu. Złoszczenie się na agentkę czy uderzenie komputera są zupełnie bezsensowne, bo oczywistym celem jestem ja: wyrzuty i krytyka.

Reportaż. Ale oczywiście wiem, że to nie pomoże, więc wzrasta lęk i bezradność. By temu zapobiec, staram się znaleźć schronienie w dalszej aktywności: dalsze gorączkowe poszukiwania, choć już z mniejszymi wymaganiami (może trochę dalej od lasu, w końcu psy można prowadzić na smyczy i pogodzenie się z wyższą ceną wynajmu, pisanie e-maili i dzwonienie do przyjaciół etc.
Analiza. Ponieważ emocje, po pozornej uldze, nie dają żadnego punktu odniesienia, wówczas lęk rodzi intensywną chęć działania, robienia CZEGOŚ. Używam więc koncepcji i opinii, by to działanie miało sens.

Reportaż. Ale dalej nic nie wychodzi, moje poczucie niepewności i samotności wzrasta. By tego uniknąć, próbuję odejść od komputera i telefonu (wszystko, co opisałem, działo się w sferze monitora, klikania myszką i od czasu do czasu rozmów telefonicznych), zapomnieć i zignorować cały ten incydent i zająć się czymś innym.
Analiza. Ponieważ nie udało się znaleźć schronienia w emocjach i działaniu, próbuję zastosować dobrze wypróbowaną alternatywę: ignorancję.

Reportaż. Ale to również nie działa. Wobec tego pragnę pokazać mój ból komuś innemu, oczekując, że to pomoże i przyniesie ulgę.
Analiza. Ignorancja nie jest w stanie usunąć poczucia samotności, zamętu i niepewności. Co więcej, wywołuje subtelne, ale głębokie poczucie zwątpienia w siebie, z którym nie umiemy sobie poradzić. Szukamy więc pomocy z zewnątrz.

Reportaż. Pragnę dzielić się moim cierpieniem z kimś bliskim, kimś, kto powinien słuchać z wyrozumieniem, kto powiedziałby „To nie twój błąd, robisz wszystko co możliwe” lub „Nie martw się,poszukamy razem i znajdziemy coś innego” i kto dzieliłby nasz ból. W tej sytuacji oczywistym wyborem była Chandali: najbliższa osoba, która powinna być (a wydaje się, że nie jest) zainteresowana na równi ze mną.
Analiza. Tu zachodzi równolegle kilka procesów. By pozbyć się poczucia niepewności, pragniemy ukryć się pod parasolem czyjejś ufności. Chcemy również się pozbyć naszego bólu, używając agresji, by skierować go gdzie indziej, agresji usprawiedliwionej faktem, że Chandali nie wydaje się tym zbytnio przejmować. Więc chciałem ją ukarać poprzez zmuszenie jej, by uczestniczyła w moim bólu. W dodatku podświadomie wierzyłem, że gdy podzielę się z nią swoim bólem, to moja „porcja” będzie łatwiejsza do zniesienia.

Konkluzja: wszystko to znakomicie podsumowuje angielskie porzekadło: Misery loves company, co w dosłownym tłumaczeniu znaczy: „Cierpienie uwielbia towarzystwo”.

Czy można by uniknąć takiego rozwoju wypadków?
Powyższy reportaż i jego analiza mogą sprawiać wrażenie, że cały ten proces jest całkowicie automatyczny i nieunikniony. Ale taka deterministyczno-fatalistyczna interpretacja nie jest wbrew pozorom do końca prawdziwa. Co więcej, w każdym stadium tego procesu istnieją niezliczone możliwości, by się z niego wydostać. Przedstawiam teraz przykład takich możliwości i pozostawiam do uznania Czytelnika, czy są one realne.

Wyobraźmy sobie, że proces odbywał się zgodnie z opisanym powyżej scenariuszem aż do momentu, gdy Szok: dom jest już wynajęty! Runęły wszystkie fantazje o bezpieczeństwie i stabilności.

A teraz alternatywny scenariusz. Zamiast, zgodnie ze starym scenariuszem: staram się kontynuować brutalnie przerwany sen… natychmiast i zdecydowanie STOPUJEMY wszelkie reakcje: myśli, emocje etc. i przez chwilę absolutnie NIC NIE ROBIMY. Potem pozwalamy sobie na odczuwanie wszystkiego, co pojawia się w naszym umyśle, a następnie patrzymy na to w obiektywny, bezstronny sposób. Z powodu obciążenia ogromnym bagażem nawykowych psychologicznych interpretacji nie jest to łatwe. Niemniej jednak, jeśli takie reakcje nie zwiodą nas na jedną z niezliczonych nawykowych ścieżek, może udać się nam odkryć, co naprawdę się wydarzyło: po prostu przestaliśmy ufać w naszą umiejętność poradzenia sobie z sytuacją i natychmiast, impulsywnie, za wszelką cenę chcemy ją jakoś naprawić.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Utrata zaufania do naszych możliwości to utrata ufności w siebie samych. A to poważna sprawa, oznacza bowiem, że jest z nami coś fundamentalnie nie w porządku – sytuacja wygląda poważnie. Ale czy jest tak naprawdę? Jedyny sposób, by o tym się przekona
, to zbadać, co dzieje się w źródle naszych uczuć, na najgłębszym poziomie bycia – w naszym sercu.

Dlaczego serce, a nie nasz mózg? Bo mózg to zręczny artysta logiki, a za pomocą logiki jesteśmy w stanie udowodnić (albo zanegować) cokolwiek nam się podoba. Wystarczy spojrzeć wokół na najznakomitszych, otoczonych powszechnym szacunkiem luminarzy, ekspertów w najrozmaitszych dziedzinach, którzy mają różne zdania na ten sam temat i używając nieskazitelnej logiki, dowodzą słuszności swojego poglądu.

A serce nie kłamie – gdy czujemy smutek, to czujemy smutek; gdy czujemy radość, to czujemy radość i żadne psychologiczne teorie tego nie zmienią.

Więc jak odkryć, co jest w naszym sercu? Czy nie czai się tam jakiś mroczny, fundamentalny problem, jakiś grzech pierworodny? Poprzez zanurzenie się w jego głębi. Dlaczego zanurzenie się, a nie, powiedzmy, patrzenie, wsłuchiwanie się czy badanie? Ponieważ zanurzenie się oznacza całkowitą bezpośredniość, bez jakiejkolwiek bariery, podczas gdy patrzenie czy słuchanie oznacza pewien rodzaj (choćby nawet bardzo subtelnego) pośrednika – obserwatora. Gdy nurkujemy, następuje bezpośredni kontakt naszego ciała z wodą. Więc zróbmy to: umysł spoczywa, nic nie robimy i… nurkujemy.

I co tam znaleźliśmy? Definitywnie nic złego: nie ma tam strachu ani czającej się wątpliwości, niepewności. W istocie nie znajdujemy tam nic konkretnego, solidnego, nic, co bylibyśmy w stanie wyrazić. Ale nie jest to jakaś czarna otchłań – jest tam fundamentalne poczucie bycia. I, być może, subtelne poczucie samotności, łagodnej sympatii do siebie i świata. Perła podstawowego dobra.

Co zwykle się dzieje, gdy po głębokim nurkowaniu wynurzamy się na powierzchnię? Robimy głęboki wdech, chwytamy powietrze i rozglądamy się wokół. To samo się zdarza, gdy zanurzymy się w naszym sercu i dotkniemy tam perły podstawowego dobra. Wyłaniamy się odświeżeni, przepełnieni czystą sympatią do siebie samych i świata, gotowi z nim tańczyć.

OK, powróćmy z tej poetyckiej wycieczki. Pytanie: co by się zdarzyło z moim polowaniem na dom, gdybym zamiast pogrążać się w czarną dziurę samowątpienia, zanurkował w poszukiwaniu perły podstawowego dobra? Nie wiem, czy znalazłbym dom, czy też nie, ale jednego jestem pewien: nie starałbym się wciągać innych, by dotrzymywali mi towarzystwa w moim błotku cierpienia.

PS Nieco później, z pomocą przyjaciół, znaleźliśmy doskonały dom, wynajęliśmy go i za niecały miesiąc się przeprowadzamy. Ale to już inna bajka.

Podziel się z innymi!

2 Komentarzy

Zapraszamy do dyskusji



  1. Magda
    pisze:

    Dziękuję Profesorze za wspaniały i dotykający czułych miejsc tekst.
    To co opisujesz, jest mi bliskie, ponieważ sama zmierzam się ze wzlotami i upadkami poszukiwań mieszkania, tyle że w Krakowie. Też biorę pod uwagę czworonoga lubiącego dalekie wycieczki samopas. Trafiłam na felieton w czasie gdy w moim umyśle panował totalny zamęt i zniechęcenie oraz kiedy dotknęłam na własnej skórze tej potrzeby towarzystwa w cierpieniu. Zatrzymałam się z tym wszystkim,zanurkowałam i oddycham.

    Profesorze gratuluję szczęśliwego zakończenia poszukiwań i posyłam swoją radość z tego, że zamieszkałeś w Polsce.
    Pozdrawiam,
    Magdalena Grudniewska



  2. pietoma
    pisze:

    Droga Madziu,
    Ale znów następna duża zaległość – nie mam pojęcia dlaczego rożnych komentarzy nie znalazłem (i nie odpowiedziałem). Oczywiście to tylko mea culpa, obiecuje poprawę.

    Dziękuję za tak miły post. Ma nadzieję, ze mój brak odpowiedzi Cie nie zniechęci: obiecuję solennie odpisywać!

Skomentuj