Forma

Opublikowany: 22 May 2011

Podziel się z innymi!

Aż do dnia dzisiejszego, to jest 29 kwietnia 2011 (tak naprawdę dziś, gdy tłumaczę ten felieton z angielskiego oryginału, jest już 16 maja) nie byłem za bardzo przekonany o ważności formy. Dlaczego? Przypuszczalnie było to wynikiem wpływów rodzinnych. Szczególnie moja matka nie miała dla niej zbyt wielkiego poważania. Co nie oznacza, że moim domu rodzinnym forma nie była przestrzegana, wręcz odwrotnie, mimo to była uważana za coś drugorzędnego – raczej pustego i sztucznego. Ważne było znaczenie – to, co jest głębiej, pod powierzchnią formy. Potem, w czasach mojej młodości spędzonej w PRL, to, co było oficjalnie uznawane za formę, zdecydowanie nie sprzyjało temu, by ją doceniać, wręcz przeciwnie. Forma kojarzyła się z czymś z jednej strony pompatycznym, a z drugiej – fałszywym i prymitywnym. Dopiero znacznie później, kiedy zakochałem się w Szambali, gdzie forma odgrywa ważną rolę, poddałem się i uznałem ją (dość niechętnie) za coś istotnego. Ale tak naprawdę miało to charakter tylko intelektualny – w głębi serca nadal ukrywał się niepoprawny cynizm i nadal uważałem formę za zło konieczne. To wszystko jednak zmieniło się w dniu dzisiejszym.

Teraz trochę tła. Muszę się przyznać, że my – „my” znaczy moja żona Chandali i ja – nie oglądamy telewizji. Nie dla jakiś zasad moralnych czy ideologicznych. Po prostu dlatego, że nasz tani (i chyba dlatego dość marny) telewizor mimo młodego wieku spokojnie umarł, a nie mamy ani zbyt wiele pieniędzy, ani natchnienia, żeby kupić nowy i lepszy. Ale za to, by być dobrze poinformowanymi o aktualnych światowych nieszczęściach, wiernie odwiedzamy internetowe strony newsów na: France 24, BBC World i Al Jazeera (po angielsku). Na dokładkę ja oglądam portal Gazety Wyborczej, a Chandali kanadyjski Globe and Mail. I na tych stronach od pewnego czasu pojawiały się wzmianki o jakimś „ślubie”, ale, proszę mi uwierzyć, bo mówię świętą prawdę, nie byłem dość zmotywowany albo byłem zbyt leniwy, albo jedno i drugie, by dowiedzieć się tym ślubie coś więcej. Ale dziś było to już niemożliwe i musiałem dostrzec (w Gazecie Wyborczej), że ten właśnie ślub bierze angielski książę koronny. Chandali poinformowała mnie, że jest to syn księcia Karola i księżnej Diany. No więc zacząłem oglądać na żywo (oczywiście w internecie) reportaż z tego performance’u i doszedłem do wniosku, że młoda para wygląda bardzo sympatycznie. Po kilku minutach zmieniłem stronę i kontynuowałem bez przeszkód marnowanie czasu na inne internetowe rozrywki. A kilka godzin później nagle dowiedziałem się (oczywiście z internetu), że królewski ślub oglądało dwa miliardy ludzi. To był prawdziwy szok, dwa miliardy! Nie do uwierzenia! Zapytałem sam siebie „dlaczego”, ale nie umiałem wymyślić żadnego zadawalającego wyjaśnienia. Więc my – teraz czytelnik chyba już wie, co mam na myśli, pisząc „my”, ale na wszelki wypadek przypomnę: Chandali i ja – zaczęliśmy mówić o tym „dlaczego”. Pierwszą hipotezą: jest to symptom ukrytej nostalgii za monarchią. We współczesnym świecie gdzie polityka degeneruje się do takich potencjalnie, a niekiedy rzeczywiście niebezpiecznych klaunów jak Berlusconi, Kaddafi czy Kaczyński, monarchia symbolizuje resztki pozostałej godności i integralności. Takie wytłumaczenie brzmi rozsądnie, ale nie wydaje się wystarczające. Jest przecież wiele innych rodów królewskich o historii dużo dłuższej niż brytyjski, które również uroczyście celebrują śluby. Na przykład niedawny ślub w królewskim rodzie Hiszpanii, który jest kontynuacją dynastii Burbonów, a wywodzi się ze średniowiecznej dynastii Kapetyngów, wzbudził pewne zainteresowanie, ale gdzie mu tam do miliardów widzów. Więc, być może, dzisiejsze miliardy są rezultatem medialnej histerii? Oczywiście, media odegrały tu bardzo duża rolę, ale nawet gigantycznie reklamowana i wszechobecna olimpiada nie była aż tak atrakcyjna. I nagle, w swej nagiej jasności, pojawiła się odpowiedź. Powodem była autentyczna forma – przez formę rozumiem tu sumę norm społecznych, etykiety, manier i całokształtu środowiska odpowiedniego do danej sytuacji, która jest nadal zachowana, niesfałszowana i reprezentowana przez brytyjską monarchię. Ta forma wizualnie tak wspaniała, gdzie wszystko jest dopracowane w najmniejszych szczegółach i doskonalone w ciągu wieków tradycji, gdzie nic nie dzieje się przypadkowo, począwszy od królewskiej gwardii i Opactwa Westminsterskiego aż do królewskiego powozu Edwarda VII, jest czymś kompletnie unikalnym. Ale to nie tylko doskonałość dźwiękowa i wizualna była w stanie przyciągnąć miliardy. Dla żartu wyobraźmy sobie, że to Donald Trump zdecydował się na ślub i wynajął Jamesa Camerona, dając mu nieograniczony budżet, by go wyreżyserował i wyprodukował. Bez względu na medialny hype, jaki by z tego wyniknął, bez względu na to, jak pomysłowo zrobiony byłby ten spektakl, nie udałoby się przyciągnąć miliardów. Byłby to sukces, a Donald z pewnością by cieszył, się gdyby miał dwa miliony widzów.

Powód, dla którego forma królewskiego brytyjskiego ślubu była tak atrakcyjna, jest taki, że jest ona przesiąknięta autentyczną tradycją i ukazuje możliwość połączenia godności z elegancją i wdziękiem. W naszym świecie taniej tandety, pseudoswobody i politycznej poprawności jest duży deficyt takich jakości i królewski ślub dowodzi, że istnieje na nie miliardowy rynek. Takie uzasadnienie brzmi rozsądnie, ale pozostaje pytanie: dlaczego? Można wykoncypować dużo odpowiedzi, ale jedna z nich jest dla mnie najbardziej przekonująca: forma nas budzi. Budzi z naszej nawykowej niewiedzy, ponieważ rozgranicza niechlujstwo mętnej niejasności od klarownego, wyraźnie określonego sposobu bycia. Gdy potykając się, błądzimy w świecie naszych nawykowych opinii, przetykanych chęcią posiadania, agresją i ignorancją, wówczas zetknięcie się z tym rozgraniczeniem jest jak dotknięcie ogrodzenia pod prądem: ostry szok budzi nas. Ale to rodzi następne pytanie: czy rzeczywiście chcemy się obudzić? I tak, i nie. Z jednej strony nie, bo Ego za wszelką cenę stara się unikać wszystkiego, co przeszkadza mu w nieustannym poszukiwaniu komfortu, a obudzenie może być bardzo niewygodne. Z drugiej jednak strony, tęsknimy za jasnością wiedzenia, za otwartością i intensywnością energii. Chcemy żyć w pełni, a życie w pełni i wegetacja w kokonie naszych nawykowych wzorców wzajemnie się wykluczają.

A teraz prosta ilustracja tego, jak forma nas budzi. Weźmy jako przykład zachodni styl manier przy stole. Wyobraźmy sobie, że siedzimy przy stole wśród naszej nieco tradycjonalnej rodziny. W pewnym momencie pojawia się moje ulubione danie, powiedzmy zawijane zrazy w sosie z prawdziwków. Czuję ekscytację i wybieram (na razie tylko optycznie) najbardziej kuszący zraz na półmisku i chcę go wziąć jak najszybciej, zanim ktoś inny mnie uprzedzi. Cała moja świadomość jest wyłączona – z wyjątkiem ja i zraz. I w momencie gdy uzbrojony w widelec chcę do niego dotrzeć, przypominam sobie o manierach przy stole i raptownie się budzę: „najpierw zaproponuj innym, a potem obsłuż się sam”. Obiad trwa, mój talerz jest pełny, a ja jestem całkowicie pochłonięty jedzeniem: zapełnianiem moich ust, żuciem i połykaniem. Coraz bardziej przybliżam się do talerza, garbię się nad stołem, już nic więcej nie istnieje, tylko ja i to co na talerzu. I znów, nagle, forma mnie budzi: „powinieneś mieć poprawną, elegancką postawę i być świadom innych uczestników”. Obiad nadal trwa, w pewnym momencie jedna z pań prosi mnie o sól. Robię to, ale z lekką irytacją, bo przerywa mi to moją rozmowę (dzięki manierom jestem teraz już dostatecznie obudzony, by rozmawiać!). I gdy właśnie prawie że rzucam przed nią solniczkę, znów etykieta mnie budzi, mówiąc, że „należy traktować przedmioty delikatnie i po dżentelmeńsku”.

Tu chciałbym bardzo jasno i wyraźnie stwierdzić, że forma nie jest jakimś uniwersalnym panaceum na wszelkie problemy produkowane przez Ego. Jest ona z natury neutralna i chociaż ma potencjał, by nas budzić, może być znakomicie używana przez Ego do jego perwersyjnych celów. Marsz kolumny SS odbywający się w nieskalanej formie nie spowoduje obudzenia, o jakim mówimy. A to dlatego, że forma może być i często jest używana jako narzędzie agresji, jako przytłaczający i okrutny sposób narzucania innym własnych koncepcji i obrony naszego terytorium. Na przykład nauczyciel może stosować rygorystyczną formę i dyscyplinę, by maskować swoją nieufność i tchórzostwo. Forma może być również narzędziem ignorancji, przykrywką dla braku treści i mądrości. Na przykład duchowieństwo może kontynuować skomplikowane ceremonie religijne, mimo że dawno już straciły swą magiczną moc.

Potencjał formy jako przenikliwego i wszechobecnego sposobu budzenia nas może się urzeczywistnić tylko w atmosferze delikatnościdżentelmenerii (gentleness), życzliwości i dobroci (kindness) i humoru. Bez delikatności forma traci swój wdzięk i teatralność, staje się lepka i niezgrabna. Bez życzliwej dobroci może stać się bezwzględna i dyktatorska i rodzić agresję. Bez humoru może stać się poważna, ciężka, religijna i podatna na ignorancję.

Podziel się z innymi!

Napisz komentarz

Zapraszamy do dyskusji

Skomentuj