Pajęczyna Część 2

Opublikowany: 13 February 2013

Podziel się z innymi!

Już upłynęła dłuższa chwila (prawie dwa lata!) od czasu publikacji oryginalnego felietonu, w którym obiecałem część drugą. No i, panie Michale (to imię osoby, która na blogu napisała, że czeka na resztę), wreszcie nadszedł dzień, kiedy się do tego zabrałem. Krótkie przypomnienie, na czym zakończyłem część pierwszą. Jesteśmy uwikłani w pajęczynę naszych prywatnych i społecznych opinii, które się wzajemnie uzasadniają i podtrzymują. Na ogół nie dostrzegamy, że to opinie – uważamy je za prawdy. Jest to sytuacja dość trudna do przyjęcia i niezbyt miła, bo opinie nie tylko zawężają nasz odbiór rzeczywistości, ale wiele z nich jest źródłem naszych negatywnych emocji i działań. Poprzedni felieton zakończony był pytaniem, czy można coś z taką sytuacją zrobić, i od tego zaczynamy.

Doszukiwanie się praprzyczyn opinii i próba wpływania na te praprzyczyny jest bardzo trudne i wymaga rozmaitych technik wybiegających daleko poza cele i możliwości tych felietonów. Raczej skupimy się na ich przejawach. Jak już pisałem w części pierwszej, gdy wydarza się coś, co prowokuje pewną opinię wówczas reagujemy. Te reakcje mogą mieć najróżniejszy charakter, ale dla uproszczenia podzielimy je na dwa rodzaje: pożyteczne i szkodliwe. Pożyteczne to np. reakcja na czerwone światło sygnalizacji ulicznej. Gdy je zobaczymy, z reguły zatrzymujemy się. Ta decyzja wynika z głęboko zakorzenionej opinii, że przejeżdżając na czerwonym świetle, robimy coś zabronionego. Możemy spowodować wypadek albo dostać mandat. Sytuacja się trochę zmienia, gdy np. w nocy zatrzymujemy się na czerwonym świetle i absolutnie nie widać ani żadnych innych pojazdów, które mogłyby uczestniczyć w kolizji, ani policji, która mogłaby wlepić mandat. Wówczas mamy dylemat: czy posłuchać opinii, czy też jechać. W takiej sytuacji, być może, dostrzeżemy opinię, która leży u podstaw tego dylematu.

Nad tego rodzaju pożytecznymi opiniami nie będziemy się dłużej zastanawiać – czasem niepotrzebnie automatyzują nasze zachowanie, ale na ogół nie jest to zbyt poważne. Więc teraz przejdźmy do szkodliwych reakcji – to chyba ważniejsze. Głównie są one związane z negatywnymi emocjami. Niekiedy nie bardzo to widać, ale negatywne emocje zawsze mają swe korzenie w opiniach. Na ten temat jest sporo w części pierwszej, ale do tego wrócimy, bo ma to kluczowe znaczenie. Np. pewna osoba mnie irytuje. Często już nie bardzo pamiętam, skąd ta irytacja się bierze, ale kiedy się przyjrzę dokładnie i wnikliwie, to odkryję np., że sposób zachowania tej osoby uważam za wulgarny, a wulgarność uznałem za coś negatywnego. Czasem ta osoba jeszcze nie miała okazji okazać wulgarności, a ja już czekam na to, żeby się zirytować. Inną rzeczą, która mnie na ogół irytuje, to brak logiki, bo do logiki jestem bardzo silnie przywiązany i jej brak uważam za głupotę, lenistwo, brak dyscypliny intelektualnej itp., co jeszcze bardziej mnie irytuje. Jeszcze jeden przykład: zdarza się, że ktoś zatrąbi na mnie klaksonem. Najczęściej robię coś nie tak i taki sygnał może być bardzo ważny: np. chcę zjechać na lewy pas, gdy ktoś już znajduje się po mojej prawej stronie, w martwym polu widzenia. Ale czasem uznaję, że jestem w porządku, i traktuję taki klakson po prostu jako przejaw agresji i chamstwa ze strony innego kierowcy i czuję wobec tej osoby złość i agresję. Dlaczego? Bo uznałem, że ten klakson był niczym nieusprawiedliwiony, a jestem bardzo przywiązany do idei sprawiedliwości.

Oczywiście wpływ opinii nie kończy się na irytacji, niekiedy opinie tkwią u podstaw pojawiania się zupełnie innych emocji. Np. ktoś staje się erotycznie pobudzony na widok odpowiednio roznegliżowanej pani. Podobnie może to dotyczyć odpowiednio roznegliżowanego pana – zależy od preferencji. Dlaczego? Dlatego, że w naszej cywilizacji silnie zakorzeniona jest opinia, że taki negliż jest czymś zakazanym, podniecającym. Wątpię, czy ma to miejsce w społeczeństwach, gdzie kompletna nagość jest nie tylko czymś zwyczajnym, ale wręcz typowym: np. wśród plemion pigmejskich w Afryce. Tak samo było również w dawnych czasach w kulturach wysoko rozwiniętych: np. w okresie kultury mykeńskiej, kiedy to kobiety miały z reguły odsłonięty biust. I bywa tak nawet teraz: po kilkudniowym pobycie w kolonii czy na plaży nudystów fascynacja i podniecanie się nagością szybko mija, bo nagość staje regułą, a nie wyjątkiem.

Można by mnożyć dalsze przykłady, ale sądzę, że to w zupełności wystarczy. Przyjrzyjmy się teraz mechanizmowi naszych emocjonalnych reakcji. Opinie spoczywają w głębi naszej pamięci. Można by powiedzieć, że są tam w stanie „hibernacji” aż do momentu, gdy coś je zaktywizuje. Tym czymś jest wydarzenie zewnętrzne lub wewnętrzne – coś, co pojawiło się naszym umyśle. Gdy opinia zostaje zaktywizowana, ma wówczas wpływ na nasze postępowanie: podejmowanie decyzji czy wytwarzanie nowych opinii. Ale również zaktywizowana opinia może „wybuchnąć” w postaci emocji, która jest reakcją na tę opinię. Taka reakcja jest bardzo szybka, tak szybka, że niezmiernie trudno ją uchwycić.

Jeśli taki proces reagowania powtarza się wiele, wiele razy, co zdarza się bardzo często, przekształca się w rodzaj automatyzmu. Pytanie: czy tego automatyzmu reagowania nie da się uniknąć, czy jesteśmy uzależnieni od takiego zachowania i skazani na nie? Odpowiedź brzmi: nie. Aby nie być gołosłownym, przedstawimy metodę, jak to robić. Składa się ona z trzech kroków opisanych poniżej.

Pierwszy z nich nazwiemy dostrzeganiem. Polega on na rozpoznaniu, że nasze opinie są… opiniami. Bo na ogół tego nie robimy, traktujemy opinie jako coś oczywistego, coś, co jest niepodważalne. W tym celu po kolejnej reakcji, po pewnym czasie, gdy jej emocjonalna intensywność dostatecznie osłabła, należy spojrzeć na to, co się działo. Jak najobiektywniej zanalizować to, co się działo. Jako modelu dla takiej analizy użyjemy przykładu zaprezentowanego wcześniej, kiedy zirytował mnie „niesprawiedliwy” klakson. Gdy już ochłonąłem po wybuchu irytacji, zamiast narzekać (w duchu), jacy głupi, ordynarni, agresywni itp. są teraz ludzie, zacząłem zastanawiać się, co się we mnie wydarzyło. To jest bardzo ważne, by skupić się na sobie, a nie na kimś innym. Inaczej wchodzimy na teren czystych spekulacji. Po pierwsze, trzeba zastanowić się, jakie emocje się we mnie pojawiły – w tym przypadku poczucie niesprawiedliwego ataku oraz wynikła z tego irytacja. Teraz przechodzimy do „uzasadnienia” naszej irytacji, czyli poczucia niesprawiedliwości. Poprzez analizę możemy dostrzec, że sprawiedliwość, jako zasada społecznego zachowania, która wydaje się absolutnie niepodważalna, jest również opinią. Tu możemy zakończyć. Oczywiście nie jest to scenariusz dla takiej analizy – na ogół jest ich bardzo wiele. Np. możemy zauważyć, że to, co nas zirytowało, to domniemane chamstwo „klaksonera”. Wówczas możemy skoncentrować się na naszej postawie wobec chamstwa i dostrzec, że mamy silną, społecznie w pełni akceptowaną, opinię, że chamstwo jest rzeczą bardzo negatywną. Innymi słowy, tego rodzaju analiza to pole do popisu dla naszej wnikliwości i twórczej weny.

I jeszcze ogólna wskazówka: nasza analiza powinna być w miarę możliwości obiektywna, pozbawiona ocen moralnych, religijnych czy politycznych.
Gdy zdobyliśmy już trochę doświadczenia w pierwszym kroku, czas na krok drugi, zatrzymanie. Polega on na zablokowaniu naszej reakcji, zanim się uspokoimy. Jest to chyba najtrudniejszy element w całej metodzie, ponieważ impet i energia emocji wydaje się wręcz niemożliwa do zatrzymania. Niestety, nie znam magicznych sztuk, za pomocą których można to robić. Jedyne, co mogę tu zaoferować, to rozwijanie motywacji. Głównie przez zdawanie sobie sprawy z destrukcyjnego wpływu tego rodzaju emocjonalnych „ataków” na nasze stosunki z bliskimi, sytuacje w pracy, ogólnie na nasze stosunki z innymi ludźmi, a nawet zwierzętami, jednym słowem − na całokształt naszego życia.

Z początku jest to trudne, ale gdy zaczynamy odnosić jakiekolwiek, choćby najmniejsze sukcesy, przestaje to być tylko mrzonką w dziedzinie pozytywnego myślenia, ale staje się czymś realnym. I wówczas jesteśmy gotowi na ostatni krok − uchwycenie.

Polega on na tym, by w momencie zatrzymania uchwycić reakcję w czasie jej trwania i spojrzeć na nią jak obserwator. Bo wówczas mamy idealną sytuację, by na gorąco spojrzeć jak obserwator i przeprowadzić analizę tego, co się zdarzyło, zgodnie z omówionym już krokiem pierwszym. Jest to trudne, bo nawet jeśli udało nam się zatrzymać w trakcie naszej emocjonalnej reakcji, mamy silne, nazwijmy to, pragnienie, by do niej wrócić. Ale tego rodzaju podejście jest niezwykle istotne: analiza post factum sama w sobie, choć pozwala nam zrozumieć wpływ opinii na emocje, nie zmienia jednak naszego nawyku. Postaram się wytłumaczyć dlaczego. Ponieważ dzieje się to po osłabnięciu intensywności emocji, gdy jesteśmy już w stanie „włączyć” nasz obiektywny intelekt, sama nawykowa reakcja pozostaje nienaruszona. By z nią się zmierzyć, konieczne jest zatrzymanie reakcji połączone z natychmiastowym włączeniem intelektu. Wówczas dotykamy niejako samych korzeni nawyku emocjonalnego reagowania na opinie.

To trudne, ale możliwe. Sugeruję więc, by robić to stopniowo. Na początek „chwytać” reakcję w jej końcowej fazie, gdy intensywność emocji zaczyna słabnąć. Wówczas łatwiej ją zatrzymać, a my mamy mniejszą chęć do niej wracać. Również łatwiej jest wtedy uruchomić aparat naszego intelektu. Kiedy zaczyna nam to wychodzić, jesteśmy gotowi do natychmiastowego ataku. gdy tylko reakcja się rozpoczyna.

Trzeba sobie tu jasno powiedzieć, że mimo prostoty takie podejście trudno zaakceptować z kilku przyczyn. Pierwsza, o której już mówiliśmy, polega na tym, że idziemy tu na przekór naszym niewiarogodnie silnie i głęboko zakorzenionym automatyzmom i nawykom. Druga ma charakter bardziej społeczny. Jako współczesne społeczeństwo XXI wieku jesteśmy bardzo uzależnieni od wiary, że sami nie jesteśmy w stanie nic ze sobą zrobić i potrzebujemy do tego pomocy kogoś innego, a w szczególności ekspertów. Na dokładkę jesteśmy również przekonani, że coś, co jest skuteczne, musi być skomplikowane.

A teraz, na koniec, ostatnia, ale bardzo ważna sugestia: nie powinniśmy frustrować się i dawać za wygraną, gdy wydaje się nam, że nic z tego nie wychodzi. To też trudne, bo jesteśmy uzależnieni od natychmiastowych rezultatów, chcemy 3-minutowych płatków owsianych, wierzymy, jak to się mówi po angielsku, w quick fix. Wolimy, zgodnie z sugestiami w mediach, lekko pomedytować, zrelaksować się, starać się myśleć pozytywnie w połączeniu z odpowiednią „wizualizacją”, itp. Gdy coś nie działa łatwo i przyjemnie, porzucamy to i szukamy usprawiedliwienia: „To jest niemożliwe” albo „To nie dla mnie, ja jestem zwykłym człowiekiem, a nie jakimś tam zaawansowanym medytatorem”. W rezultacie z tego wszystkiego rodzi się poczucie porażki i winy.
A teraz podstawowe pytanie: „Co jest takiego istotnego w dostrzeganiu opinii leżących u podstaw naszych reakcji? Dlaczego miałoby to mieć na nie wpływ?”. Oto odpowiedź: nasz umysł (oczywiście to uproszczenie) funkcjonuje w dwóch postaciach: jako „działacz” i jako obserwator. Gdy obserwator jest świadomy, dostrzega, co w danym momencie robi działacz. Taka obserwacja ma istotny wpływ nie tyko na działanie, ale również na jego przyczyny – w naszym przypadku opinie. Dlaczego? Wiadomo, nie tylko z badań nad umysłem, że obserwator ma wpływ nie tylko na naszą interpretację doświadczenia, ale także na same jego rezultaty: zauważyli to już dość dawno, w różnych kontekstach, zarówno Einstein, jak i Heisenberg. Konsekwencją tego jest np. prawo nieoznaczoności, fundamentalna podstawa całej teorii kwantów. By dać prostszy przykład: gdy chcemy zrobić bardzo impulsywnie coś, co mogłoby być szkodliwe, to gdy tylko nasz umysł-obserwator zda sobie z tego sprawę, często potrafimy od takiego działania się powstrzymać. A w przypadku opinii jest podobnie: dostrzeganie ukrytej opinii, która wywołuje reakcję, pozwala zauważyć, że nie jest ona niepodważalną prawdą, za jaką ją uważaliśmy, a jedynie czymś, w co chcieliśmy wierzyć. Jeśli poczynimy bezpośrednio, wielokrotnie taką obserwację, wówczas, ponieważ jesteśmy ludźmi inteligentnymi, uogólniamy to doświadczenie i uzmysławiamy sobie, że dana opinia niekoniecznie jest prawdą. Dzięki temu wpływ niewidocznych dotąd opinii stopniowo maleje.

Chcę podkreślić, że oczekiwanie, że po takim procesie dostrzegania, zatrzymywania i chwytania, nawet gdy nam się to udaje, zauważona opinia zniknie jak za dotknięciem magicznej różdżki lub przestanie mieć na nas wpływ, jest dość naiwne. Opinie, jak mówiłem w części pierwszej, nie istnieją w izolacji: opierają się na sieci innych opinii, są wzmacniane wielokrotnym powoływaniem się na nie oraz emocjami, które wywołują. Stają się przez to głęboko i solidnie ugruntowane. Czego, realistycznie biorąc, można oczekiwać od zaprezentowanej techniki „zauważania” opinii ukrytych pod reakcjami i zdawania sobie sprawy, że są tylko opiniami, a nie prawdą, to stopniowego zmniejszenia się ich wpływu na kształtowanie naszego życia. A to wydaje się zupełnie wystarczające.

Podziel się z innymi!

Napisz komentarz

Zapraszamy do dyskusji

Skomentuj