Synchronizacja ciała i umysłu

Opublikowany: 4 December 2012
5 Komentarzy

Podziel się z innymi!

Kilka dni temu moja przyjaciółka zapytała mnie via e-mail, jak synchronizować umysł z ciałem. W pierwszej chwili pomyślałem, że to skomplikowany temat i nie bardzo mam ochotę pisać elaborat, szczególnie w formie e-maila (e-mail toleruję i używam, ale nie za bardzo lubię). Ale temat nie dawał mi spokoju i zacząłem rozmyślać, jak by to uprościć.

Najpierw pomyślałem o przykładzie, kiedy umysł i ciało nie są zsynchronizowane. Z tym nie było żadnego kłopotu, ponieważ przez większość naszego życia właśnie ten stan ma miejsce. Natychmiast nasunął mi się przykład (bardzo często występujący). Otóż w czasie moich spacerów z psami po krótkiej chwili moje myśli odbiegają daleko od sytuacji, w której się znajdujemy (my znaczy ja, moje ciało i umysł). Ciało chodzi sobie, a umysł buja w obłokach. Tylko gdy widzę (jakoś to się mimo wszystko wydarza) np. kałużę, wówczas budzę się i ją okrążam – Bogu dzięki!

I wtedy nasunęło mi się dość oczywiste skojarzenie: po prostu nie jestem tu i teraz. Nie cierpię tej frazy, która jest niemiłosiernie nadużywana szczególnie przez samowykreowanych doradców życia (life coaches), psychologów i duchowników. Niemniej, jeśli się nie mylę, ona lub co najmniej jej część „teraz” została utworzona przez psychologa Fritza Perlsa, twórcę Gestaltu (oczywiście nie zdziwiłbym się, gdyby ktoś zaprotestował). Tak czy inaczej, zdecydowanie nie byłem ani tu, ani teraz.

W rezultacie odpisałem (mniej więcej), że aby nastąpiła synchronizacja ciała i umysłu, należy być tu i teraz, a wówczas synchronizacja pojawia się naturalnie. I byłem z siebie całkiem zadowolony.

Ale sprawa nadal nie dawała mi spokoju i w rezultacie powstał ten felieton.

Nie dawała mi spokoju, bo pojawiają się co najmniej cztery pytania. Oto one:
Co to znaczy, że „ciało i umysł są zsynchronizowane”?
Co znaczy bycie „tu i teraz”?
Czy jest to naturalne, by być „tu i teraz”, gdzie następuje synchronizacja ciała i umysłu?
A jeśli to wszystko prawda, to co robić, by być tu i teraz?

Kiedy to napisałem, ręce mi opadły: żeby na to wszystko odpowiedzieć, trzeba chyba napisać tomy, a ja ani nie mam na to siły, ani, co gorsza, ochoty. No, ale zobaczymy, może nie trzeba aż tyle pisać, jak mi się wydaje?

Zacznijmy od tego, co znaczy, że: „ciało i umysł są zsynchronizowane”. Jeśli przyjrzymy się definicji pojęcia synchronizacji, to w tym wypadku oznacza to, że co najmniej dwa procesy przebiegają zgodnie. Ale co może tu znaczyć „zgodnie”? Ogólnie jest to trochę skomplikowane i wymaga matematycznego formalizmu, ale w przypadku ciała i umysłu znaczy to, że gdy ciało coś „robi” – robi w najogólniejszym sensie – umysł zdaje sobie z tego sprawę. I na odwrót: gdy umysł chce, by ciało podjęło jakieś działanie, ciało stara się to robić. Np. gdy umysł postanawia, że należy obrać ziemniaki, ciało to robi, a również w trakcie obierania tych ziemniaków umysł nie idzie sobie na spacer i zaczyna zastanawiać się na wyborem, powiedzmy, filmu, który chce oglądać wieczorem, czyli przestaje sobie zdawać sprawę z tego, co się dzieje.
W rezultacie można się nawet skaleczyć. Oczywiście, aby uniknąć takich przykrych konsekwencji, uczymy się działać na automatycznym pilocie i umiemy na ogół skutecznie obierać ziemniaki, bujając w obłokach.
Ale automatyczny pilot, mimo że niesłychanie często jest włączany, jest bardzo kiepskim rozwiązaniem. Dlaczego? Dlatego, że marnujemy możliwość przeżywania pełni tego, co się dzieje. Tracimy kontakt z większością interesujących szczegółów obierania; każdy ziemniak jest inny, każdy moment wyboru, jak silnie naciskać nasze narzędzie, jak długo wycinać poszczególną obierkę (osobiście staram się jak najdłużej) itd. Gdy przyglądamy się całokształtowi tego procesu, możemy dostrzec coraz to nowe elementy, z których dotąd nie zdawaliśmy sobie sprawy.

Jeśli przykład obierania ziemniaków nie przemawia do wyobraźni, oto inny (zaczerpnięty z życia). Jak pisałem w poprzednich felietonach, chodzę z psami na spacery w lasach Wołczkowa. Mogę śmiało powiedzieć, że okolica może wydawać się monotonna, we Francji spacerowałem w dużo bardziej malowniczym rejonie. Ale jeśli się nie poddamy takiemu standardowi, można przeżywać nieskończone mnóstwo. Powietrze raz ostre, raz łagodne, zimny wiatr, zapachy, deszcz, słońce, każdy liść, kora drzew, faktura ścieżki… tak bez końca. To wszystko jest precyzyjne, jednostkowe, poeta mógłby o tym napisać tomy. I co ja z tego widzę, czuję, słyszę? Na ogół bardzo niewiele, myślący o tym czy owym. Od czasu do czasu budzę się i doświadczam, a przez większość czasu mój autopilot jest włączony i pilnuje, żebym się nie potknął, jak już pisałem wcześniej, nie wlazł w kałużę, i sprawdza, czy psy są widoczne. To wszystko. Po prostu jestem gdzie indziej, ani tu, ani teraz.

A więc czas na „tu i teraz” – co to znaczy. Oczywiście to metafora, niemniej stary Fritz stosował ją skutecznie w swoich terapiach. Sporo później, na początku lat siedemdziesiątych, Chogjam Trungpa Rinpocze używał tej frazy w kontekście buddyzmu, a parę lat później zrobiła się niesłychanie popularna. Tyle o historii.

Zacznijmy od „tu”. Oczywista odpowiedź brzmi: to miejsce, w którym obecnie się znajdujemy. Miejsce, co to naprawdę znaczy? Czy to pokój, gdzie to piszę, czy może, bardziej precyzyjnie, fotel, na którym siedzę, czy może klawisze, które przyciskam?

A w ogóle gdybyśmy chcieli zlokalizować „tu”, to mielibyśmy duży kłopot. Powiedzmy, że zgodziliśmy się na definicję „tu” za pomocą współrzędnych geograficznych i jakoś je określili. Jakiekolwiek będą te liczby, zawsze możemy być oskarżeni, że nie są dość precyzyjne. Nawet gdy są podane z dokładnością do dziesiątego miejsca po przecinku, można przecież zażądać kilku dodatkowych miejsc. Czyli chyba jest jasne, że wszelkie próby zdefiniowania „tu” jako miejsca w przestrzeni prowadzi donikąd.
Może w takim razie zrezygnujmy z geometrycznej precyzji i spróbujmy znaleźć nasze „tu” wśród klawiszy. Niestety, tu nie łatwiej, bo przecież w różnych momentach przyciskam inne klawisze. Widać, że próby określenia fizycznego miejsca prowadzą nas donikąd. Dlaczego – bo zapominamy, że „tu” to metafora. Więc gdzie jest to „tu”? Może nie wiemy, gdzie jest, ale wiemy, gdzie go nie ma. Ale nie dajemy za wygraną. Kiedy mowa o klawiszach, świetnie wiem, co to znaczy nie być „tu”: po prostu przyciskam niewłaściwe klawisze, co jest szczególnie łatwe, gdy piszę takie polskie czcionki, jak różne ć, ź, ą itp., i robię błędy. Czyli znów podobna historia jak w przypadku braku synchronizacji, tyle że tym razem autopilot trochę szwankuje. A więc wygląda na to, że niebycie „tu” znaczy niezdawanie sobie sprawy z tego, co robię, z tego, co się ze mną dzieje w sensie fizycznym. Więc, być może to nie najlepsza logiczna inferencja, ale sugeruje to, że bycie „tu” polega na zdawaniu sobie z tego sprawy w każdym momencie.

Odwoływanie się do „każdego momentu” prowadzi nas do „teraz”. Tu sprawa jest podobna, ale nieco inna. Otóż „teraz” oznacza czas teraźniejszy. Ale co to naprawdę znaczy? Czy teraźniejszość to kilka godzin, kilka minut, sekund, ułamków sekundy? Gdzie jest granica tego rodzaju prób zawężania odcinka czasu „teraz”? Oczywiście, nie da się tego sprecyzować: jakkolwiek krótki odcinek czasu wybierzemy, może on być jeszcze krótszy. Więc co znaczy „teraz”? Wygląda na to, że nasza konwencjonalna definicja czasu nie potrafi tego określić. Ma to bardzo interesujące konsekwencje filozoficzne, podobnie jak z przestrzenią w przypadku „tu”. Ale jeszcze bardziej interesujące są konsekwencje psychologiczne: wygląda na to, że z punktu widzenia konwencjonalnej definicji czasu nasz umysł nigdy nie jest „teraz”: albo jest w przeszłości, albo w przyszłości. Niemniej, podobnie jak „tu”, pojęcie „teraz” ma dość uchwytny intuicyjny sens: po prostu nie myślimy o czymś, co zdarzyło się nam w przeszłości, ani nie spekulujemy na temat przyszłości. Ale czy jesteśmy w stanie myśleć i być „teraz”?
Jeśli nadal będziemy używać przykładu z pisaniem na klawiaturze, to oczywiście mój umysł jest zajęty tym, co piszę, czyli myślę. Ale myślę „teraz” o tym, co piszę. Oczywiście nie mogę ignorować naciskania odpowiednich klawiszy. Czyli umysł musi być „teraz”, a ciało „tu”. I w rezultacie, jeśli naprawdę tak się dzieje, to umysł i ciało są zsynchronizowane.

To jest bardzo uproszczone spojrzenie na całą kwestię „tu i teraz”, ale głębokie podejście do tego tematu wymagałoby traktatu, a to jest tylko felieton. Więc przechodzimy do następnego tematu: czy następuje to naturalnie, czy nie. Wbrew pozorom jest on dość delikatny. Delikatny w tym sensie, że można bardzo łatwo go spłycić. Można by powiedzieć np., że nasz umysł jest w swojej naturze nierozproszony, więc ciało zachowuje się spontanicznie odpowiednio do sytuacji, czy też coś podobnego. I łatwo to przełknąć, jeśli powołujemy się na Dzogczen (co ostatnio staje się modne), według którego wszystko jest naturalnie doskonałe, więc nasz umysł jest naturalnie w ciągłym stanie „teraz” itd.

Ale nasze doświadczanie w życiu codziennym wydaje się temu zaprzeczać: jeśli ta synchronizacja jest czymś naturalnym, to dlaczego zdarza się nam tak rzadko? Przecież ciągle kiedy coś robimy, odpływamy gdzieś tam w świat myśli, a ciało popełnia najrozmaitsze głupstwa. A nawet jeśli tego nie robimy, najczęściej wymaga to wysiłku i koncentracji i przy najbliższej okazji, kiedy zamęczymy się tą formą uważności, ni z tego, ni z owego rozsypuje się. W rezultacie pojawia się frustracja i poczucie porażki: znowu mi nie wyszło.

Odpowiedź na pytanie, dlaczego tak się dzieje, jest dość prozaiczna, nie trzeba tu psychologii głębi ani analizy naszych dziecięcych traum. Po prostu wytworzyliśmy w sobie mocno ugruntowany nawyk rozpraszania się. Trudno temu zaprzeczyć: jeśli setki, a raczej tysiące razy nasz umysł odpływał z „tu i teraz”, jest do tego przyzwyczajony i każde kolejne doświadczenie rozpraszania nawyk ten utrwala. W skali powszechności naszych nawyków od 1 do 10 śmiało można mu przypisać dziesiątkę. Ale teraz można by zadać następne pytanie: dlaczego nasz umysł ma tendencję do rozpraszania się? Tu zdaję sobie sprawę, że wkraczamy w sprawy bardzo głębokie, choć wbrew pozorom niezbyt trudne do opisania, więc spróbuję. Odpowiedź, która nie wiem, czy będzie zadawalająca, brzmi: bo nasz umysł ma tendencję do momentów zwątpienia w swoją wrodzoną czystą świadomość, czyli mądrość. Mechanizm ten polega na tym, że w naszym umyśle coś się pojawia. Może to być np. coś z pamięci, jakaś percepcja, cokolwiek. Normalnie nasz umysł świetnie sobie z tym radzi, ale czasem pojawia się moment zwątpienia, czy nasza świadomość-mądrość sobie z tym poradzi. Natychmiast ten moment zwątpienia przeradza się w zagubienie, a potem w lęk. Ponieważ jest to bardzo nieprzyjemne, przy najbliższej możliwej okazji uciekamy, by przestać tego doświadczać. I to jest praźródłem rozproszenia, czyli ucieczki od „tu i teraz”. Oczywiście nie zdajemy sobie z tego sprawy w znaczeniu konwencjonalnym, to nie jest coś w rodzaju: „Niech to diabli, znowu wątpię w swoją czystą świadomość, czyli mądrość, to takie nieprzyjemne, należy od tego uciec”. W rzeczywistości wydarza się to bardzo głęboko, gdzie konwencjonalna świadomość już nie ma dostępu. A na dokładkę niezwykle szybko.

Teraz naturalnie jest kolej na następne dlaczego: dlaczego przydarza się nam ten moment wątpienia? Ale na to nie można znaleźć odpowiedzi, choćbyśmy jej szukali we wszystkich najbardziej ezoterycznych księgach mądrości, czy będzie to Kabała, czy Dzogczen, czy Biblia. Nic poza stwierdzeniem: bo tak to jest. Głębiej nikt jeszcze nie dotarł.

Jest to niewątpliwie przygnębiające, bo coraz wyraźniej widzimy potęgę naszych nawykowych zachowań i głębię, w której się rodzą, ale, wbrew pozorom, sugeruje drogę wyjścia z tego impasu. Jeśli jesteśmy w stanie choć na moment uchwycić ten proces wiodący do rozproszenia, wówczas naturalnie się on kończy, iluzja się rozwiewa i wracamy do stanu naturalnej czystej świadomości i mądrości.

A teraz ostatnie pytanie: czy jesteśmy w stanie wpłynąć na możliwość, by uchwycić ten moment uświadomienia sobie, że tu rozwija się proces popadania w wątpliwość. I na to odpowiedź jest pozytywna: tak. A jak to robić, no to już inna bajka, którą postaram się opowiedzieć w jednym z kolejnych felietonów.

Podziel się z innymi!

5 Komentarzy

Zapraszamy do dyskusji



  1. ewa perskawiec
    pisze:

    Witam serdecznie!
    W tym jednym z podstawowych tematów życiowych mam pytania oparte na konkretnej sytuacji.

    Robię co pewien czas próby ze swoim lękiem wysokości ( jak to ciekawie brzmi – mój lęk wysokości, mój osobisty!) Wchodzę na 7-metrową skocznię . Na samej górze czuję, że mój umysl jest mocno połączony z ciałem, nie tworzy myśli ani obrazów. Stoję i patrzę. Obserwuje ciało i otoczenie ( oczywiście nie patrzę w dół) Po minucie moje nogi zaczynają mięknąć i ciało powoli zaczyna wibrować. Odbieram to tak, że ciało przekazuje silne impulsy , które interpretuję. Co przekazało je ciału jest poza moją świadomością. I wtedy wkraczają myśli: mogę pozostać dłużej kilka minut, ale ryzykuję rozwijanie się paniki , mogę usiąść, albo decyduję sie schodzić i za jakiś czas spróbować ponownie. Mogę wybrac każdą z opcji – na razie opcji bycia na górze bez lęku jeszcze nie ma w moim umyśle (były małe próby, ale niesystematyczne)

    Czy moment wchodzenia powoli na skocznię, stania na niej i potem decyzji o zejściu odpowiada definicji bycia tu i teraz?

    Czy bycie tu i teraz na skoczni z założenia powinno przekraczać granice mojego lęku, czy może mi pozwolić pozostać w nim do końca życia? Jak to zauważyć kiedy koncepcja bycia w chwili, przeradza sie w bierność (piszę koncepcja, bo zakładam, że rzeczywiste bycie w chwili jest zawsze optymalne, ale tu chodzi mi o sztuczki ego)

    Czy mozna znależć będąc na skoczni ten “moment zwątpienia. który przeradza sie w zagubienie a potem w lęk” czy to jest pomocne praktycznie?

    Czy w tym przypadku nie jest bardziej korzystne skupienie sie na efektach np. krok dalej, minuta dłużej? czy w tym nie jesteśmy właśnie tu i teraz?

    I jeszcze jedna refleksja
    Czy pojęcie dostepu do naturalnej czystej świadomości nie brzmi w języku polskim tak jakby był to stabilny stan, prawie zmaterializowany tak jak pojecie nieba?

    W moim doświadczeniu jest to ciągły rozwój – doświadczenie mojej mądrości bycia tu i teraz prowadzi do następnej i nastepnej a w rezultacie poszerza umysł i serce by kochać wszystko, co jest.
    Znam ludzi, u których sprawny umysł współpracuje ze sprawnym ciałem i sprawnie poruszają sie w świecie, ale jest w nich mało ciepła i chęci do poszerzania serca i sposobu myślenia.
    Czy synchronizacja ciała i umysłu może stac sie celem samym w sobie ? I czy dążęnie do bycia tu i teraz nie jest w dzisiejszych czasach palcem mędrca pokazującego słońce ?

    Ale tu juz chyba za daleko wybiegłam z pytaniami od tematu
    Dzieki za inspirację do przemysleń

    ciepłe pozdrowienia
    ewa



  2. Piotr Witkowski
    pisze:

    Dobry wieczór Tomku!
    Z zainteresowaniem przeczytałem Twój felieton.

    Od jakiegoś czasu zajmuję się w praktyce zagadnieniem synchronizacji ciała i umysłu. Chciałbym Tomku przedstawić swoje rozumienie tego stanu.

    Uważam, że z Twojego opisu synchronizacji wyłania się obraz rozdwojenia. Na przykład – ‘gdy ciało coś „robi” – robi w najogólniejszym sensie – umysł zdaje sobie z tego sprawę’. Rozumiem to tak, że umysł obserwuje umysł.
    Uważam, że zdawanie sobie sprawy z tego, co robi ciało nie powoduje synchronizacji. Można równie dobrze zdawać sobie sprawę, że ciało nie jest zestrojone z umysłem.

    Od około roku, zainspirowany postawą Sakjonga, zacząłem regularnie biegać. Praktykę tę wspieram teorią , wnikliwie studiując książkę Sakjonga „Running with the mind of meditation”. Jest tam takie zdanie (przytoczę je dość luźno) – „ciało i umysł są zsynchronizowane, gdy umysł czuje ciało”.
    Właśnie kluczem do synchronizacji jest czucie. Kiedy biegnę, doznania ciała stają się coraz silniejsze. W pewnym momencie są tak silne, że umysł ucieka od czucia ciała i zaczyna emocjonować się jakimiś myślami. Natomiast gdy mam na tyle odwagi, by otworzyć się na tę intensywność doznań ciała, zaczyna się dziać coś niezwykłego. Ta intensywność ucina wszelkie rozbudowane myśli, a w końcu nawet proste myśli. Poczucie, że ciało jest czymś ode mnie oddzielonym, znika. I w tym momencie jest synchronizacja ciała i umysłu.

    Aby zsynchronizować ciało z umysłem trzeba trenować zarówno umysł , jak i ciało.

    Proszę Tomku o uwagi. Pozdrawiam serdecznie



  3. pietoma
    pisze:

    Drogi Piotrze,
    Dziękuję bardzo za Twój interesujący komentarz. A teraz ad meritum, w kontekście tematu o synchronizacji ciała i umysłu, użycie słowa „zdaje sobie sprawę” nie jest to równoznaczne z „obserwuje”. Wydaje , że „zdawanie sobie sprawy” odpowiada angielskiemu „being aware”. Niestety nie ma na to dobrego tłumaczenia po polsku(jak również po francusku). Inne możliwe tłumaczenia ”being aware” byłoby „wie” ale to trochę odbiega za daleko od oryginału. A „ being aware” obejmuje zarówno obserwacje jak i czucie, gdy jest się „aware” nie ma między nimi konfliktu. Mam nadzieje, że to wyjaśnia mój punkt widzenia na tą kwestie.

    Jeśli chcesz kontynuować nasza dyskusję to będzie mi bardzo miło.



  4. pietoma
    pisze:

    Droga Ewo,
    Dziękuje bardzo za Twój interesujący post i przepraszam za odpowiedź z dwumiesięcznym opóźnieniem. Kiedy przeczytałem Twój post, gdy tylko go umieściłaś, sporo się zastanawiałem nad zawartymi tam pytaniami i uwagami, i w rezultacie, choć odbywało się to tylko w mojej głowie, jakoś uznałem, że Ci odpowiedziałem. Brzmi to trochę niewiarygodnie ale to prawda.

    Teraz ad rem. Zacznijmy od: „Otóż stwierdzenie: „Obserwuje ciało i otoczenie ( oczywiście nie patrzę w dół)” nie wygląda mi za bardzo na „tu i teraz”. Jest w tym pewna strategia. A strategia, nie istotnie jak inteligentną się wyjdę, opiera się koncepcjach. W tym wypadku dotycząca one zachowania się na wysokiej skoczni. Również „Na samej górze czuję, że mój umysł jest mocno połączony z ciałem, nie tworzy myśli ani obrazów. Stoję i patrzę. Obserwuje ciało i otoczenie” implikuje separacje miedzy doświadczającą i obserwatorką (chyba pierwszy raz w historii, w takim kontekście, używana jest forma żeńska) i to również jest w sprzeczności z tu i teraz gdzie takiej separacji nie ma.

    „Czy bycie tu i teraz na skoczni z założenia powinno przekraczać granice mojego lęku, czy może mi pozwolić pozostać w nim do końca życia?” Tu nie jestem pewien czy wiem o co Ci chodzi. Piszesz: „czy może mi pozwolić pozostać w nim do końca życia?” Zakładam, że nie bardzo masz ochotę na ten lęk, a może masz na myśli, że być tu i teraz pozwoli Ci być tak do końca życia? A może, że będziesz mieć lęk ale nie będziesz czuła się winna ale to już kompletnie moja hipoteza, nic takiego nie piszesz. W każdym razie bycie tu i teraz na skoczni (jeśli to tak było na prawdę) może mieć wpływ na resztę Twojego tylko w sensie, że te tu i teraz doświadczyłaś i widzisz, że jest to możliwe. A jeśli chodzi o lęk to musisz wyjaśni dokładniej o co Ci chodzi abym mógł postarać się odpowiedzieć.

    A teraz interesujące pytanie: „Czy pojęcie dostępu do naturalnej czystej świadomości nie brzmi w języku polskim tak jakby był to stabilny stan, prawie zmaterializowany tak jak pojęcie nieba?” To zależy o punktu widzenia: z zewnątrz naturalna świadomość wygląda jak coś konkretnego. Dzieje się to dlatego bo mamy bardzo silny nawyk konkretyzowania. Niekiedy, jeśli chcemy z jakiś względów tego uniknąć, robimy z obiektu konkretyzacji pojęcie abstrakcyjne, jak np. pojęcie nieskończoności. Ale to nie pomaga, bo jeśli o czymkolwiek mówimy, staje się to automatycznie konkretne. Ale z punktu widzenia – jeśli o czymś takim można mówić – czystej świadomości pojęcie konkretyzacji lub jej braku nie są sprzeczne bo nasza dualna logika w tym stanie nie obowiązuje.

    Czy te uwagi uważasz za pomocne? Zapraszam byś odpisała i obiecuję, że tym razem, odpowiem znacznie szybciej w jednym.

    Tomasz



  5. Piotr Witkowski
    pisze:

    Drogi Tomku!
    Zatem nasza dyskusja na temat synchronizacji ciała i umysłu została zamknięta zwrotem “being aware”. Szach mat. Pozdrawiam serdecznie. Piotr

Skomentuj